PRZYSTANEK AFRYKA /17 listopad 1999 rok/

Chcesz? Opowiem Ci o Afryce. Mojej Afryce. Są trzy. Pierwsza jest spełnieniem. Druga jest dotykiem. Trzecia jest wstrzymaniem oddechu. To jest jak przestrzeń i wolność. To jak magia przypływów i odpływów Oceanu Indyjskiego. Ta trzecia była lekka i pusta; była piękna i smutna; była jak już oddalająca się miłość, która wchłonęła w siebie nie dla niej spadające gwiazdy z oazy w Loiangalani.

Chcesz? Opowiem Ci o Afryce.
Afryka ma zapach pyłu z pustyni Chalbi. Afryka ma ostry smak Stoney Tangawizi. Afryka ma rdzawy kolor pyłu czerwonej ziemi; ma zielony kolor przestrzeni zamkniętej dżunglą Ugandy; ma kolor biały, gdzie jest piasek Zanzibaru tak biały, tak biały…

Chcesz? Opowiem Ci o Afryce.

„Jest 31 grudzień 1998 roku, godzina 22.04. Za ścianą szaleństwo sylwestrowej nocy , za oknem pierwsze , niecierpliwe eksplozje żegnające Stary Rok /?/ , witające Nowy Rok /?/, a na moim biurku pali się świeca /zapachowa, prawda jak romantycznie?/. Zły był to rok, a według horoskopów miał to być rok cudów, najlepszy od dwunastu lat, i w ogóle /../. Kiedy myślę o życzeniach, które mogłabym złożyć sobie, pojawia się tylko jedno – Afryka, która już stała się dla mnie symbolem wolności /?/, drogi /?/, szczęścia /?/, spełnienia /?/. A więc Koleżanko Tereso, życzę Ci Afryki w tym ostatnim w tej epoce roku 1999. Afryki!
24 maja 1999r. Fakty są bardzo proste : mam zarezerwowany bilet lotniczy na dzień 21 sierpnia…
15 sierpnia 1999r. Tydzień do wyjazdu. Nie umiem opisać swoich uczuć, to jest jak sen. Pamiętam tamten zimowy ranek, kiedy leżałam w łóżku z kotem, kawą i „Hebanem” Kapuścińskiego; płakałam czytając, bo przestałam wierzyć że ja też będę mogła t a k widzieć.
I jest, trzymam To w ręku pod postacią biletu Warszawa – Paryż – Nairobi – - Paryż – Warszawa.
20 sierpnia 1999r. Tylko parę godzin dzieli mnie od tego, na co czekałam tyle lat. Boję się i to bardziej, niż chcę się przyznać. Jutro o tej porze będę w Paryżu, a pojutrze – w Nairobi. Co tam znajdę? Co ten afrykański czas zbuduje we mnie? Teraz czuję się jak człowiek, który stoi na krawędzi mostu z liną przyczepioną do nóg i za chwilę ma skoczyć, krzycząc „bungee”. Powodzenia!
10 pażdziernika 1999r. Wczoraj o 9.15 przyleciałam do Warszawy. I już wszystko wiem, już wiem co chciała mi powiedzieć …”

Chcesz? Opowiem Ci o Afryce. Mojej Afryce.
Nic nie było przypadkowe; ani życzenia noworoczne, ani list pisany pierwszego stycznia, ani telefon z propozycją wyjazdu. Telefon, który był odpowiedzią na mój list. Telefon, który zadzwonił 17 marca, w moje urodziny. Nic nie było przypadkiem; to chyba jedyna prawda, którą zrozumiałam wcześniej od Niego /On jest postacią fikcyjną, jest Cieniem, jest Kimś, kto pomógł mi dalej widzieć, mocniej czuć, wyraźniej słyszeć. Kto ochraniał to moje widzenie, czucie, słyszenie. I byłam bezpieczna. On nie ma imienia. Nie jest też nieomylny, ale to dobrze. Reszta osób żyje i ma się świetnie/.

Posłuchaj. Opowiem Ci o Afryce.
Magia Afryki polega na zaburzeniach czasu. Czas przestaje być czymś, co oswoiliśmy, przestaje być wymierny, liniowy; przestaje obowiązywać następstwo tego co było, co jest i co będzie za chwilę, za godzinę, za parę dni. To właśnie Czas udzielał mi pierwszej lekcji pokory wobec czegoś, co nie mieściło się w moim, myślałam, ustalonym świecie /lekcji pokory było jeszcze dużo/.
Jadę 37-ą godzinę w zatłoczonym niemiłosiernie autobusie z Arushy do Mwanzy. Siedzę przy oknie, co tylko pozornie jest przywilejem, bo okno nie ma szyby; w dzień cały pył afrykańskich dróg osiada na mojej twarzy, a w nocy kulę się, próbując zatrzymać resztki ciepła w lepkiej od kurzu bluzie. Na siedzeniu przeznaczonym dla dwóch osób siedzimy we czwórkę – ja, dwójka Murzynów i dziecko. W całym autobusie jesteśmy z Wojtkiem jedynymi Muzungu. I nawet nie dane nam jest to minimum poczucia bezpieczeństwa, jakie daje bliskość znanej /białej?/ twarzy, bo Wojtek siedzi w kabinie kierowcy, a ja w tyle autobusu. I – nie ma we mnie żadnego niepokoju, pośpiechu, złości; nie ma tego, co wydaje się, że powinno być. Skulona z zimna trwam, świadoma Jego pobłażliwego uśmiechu.

Gorąca noc nad Jeziorem Turkana, w oazie w Loiangalani. Jest tak, jak zawsze wyobrażałam sobie oazę – wokół pustynia, a tutaj zielono, palmy, woda, na środku rozłożysta, dająca cień akacja, pod którą rozbiliśmy namioty. Leżę w hamaku, zapatrzona w spadające gwiazdy i nagle przypominam sobie o zwyczaju „wróżenia z gwiezdnego nieporozumienia”. W ciemności słyszę Jego cichy śmiech – nie mam o co prosić. Wszystko, czego kiedykolwiek chciałam, mam. Czas się zatrzymał.

O wschodzie słońca siedzę na białym piasku Zanzibaru nad Oceanem Indyjskim. Zaczyna się odpływ, który odsłania przede mną coraz dalsze przestrzenie nieznanego mi świata. Jakie bogactwo kształtów, kolorów, blasku, ruchu! Im dalej Ocean się cofa, tym więcej dane jest mi zobaczyć. Odwracam głowę; na murku przed naszym domem siedzi On i uważnie mi się przygląda. Nawet z tej odległości widzę skupienie w Jego oczach; przecież rozumiem – po co ta ironia?

Od pobytu na Zanzibarze On zaczął mnie doceniać, zobaczył we mnie towarzysza podróży któremu nie trzeba wszystkiego tłumaczyć; zobaczył partnera, z którego doświadczeń mógł korzystać.

W długie wieczory w Ugandzie, kiedy już wszyscy rozjechali się w swoją stronę /Aśka, Hubert i Rafał na Mount Meru, Janek do Nairobi, ja z Wojtkiem do Ugandy/, zasiadaliśmy przy piwie i wsłuchani w odgłosy zbliżającej się burzy, zapowiedzi długiej pory deszczowej, próbowaliśmy nazywać uczucia i myśli. Słuchałam nieuważnie, ciągle skupiona na tym co tu i teraz, na tym co jeszcze przede mną. Nie byłam dobrym towarzyszem podróży w Ugandzie. Ani dla Niego, ani dla Wojtka. Nie chciałam ubierać moich myśli w Jego słowa bo one bolały, bo nie tego oczekiwałam od Afryki. Bo się bałam. Bo przyjechałam żeby stać się silniejszą, a On pokazywał mi najprostsze prawdy, pozwalał je odkrywać, zmuszał do ich odkrycia wszystkimi zmysłami. Ale jeszcze nie, jeszcze nie chciałam słuchać, jeszcze byłam skupiona na drodze, kwiatach, drzewach, szczegółach.

Wieczór. Jesteśmy w Kampali, na campingu Backpackers’a; siedzę na tarasie, przy tym samym stoliku co wczoraj, znowu cykady, świerszcze. Nagle z ciemności ogrodu słyszę cichą grę na flecie i to jest Ta muzyka, To miejsce i Ten czas. Zakłóca ją gwar rozmów, niecierpliwa muzyka pop z baru … Ten flet zaklina, kusi mnie jak węża … Nic w Afryce nie jest przypadkowe. Słyszysz? Przyjechałam żeby poznać świat wokół mnie, a zadziwił mnie świat we mnie. Magia Afryki? Muszę się w nią wsłuchiwać pilnie, do ostatniej chwili.

Popołudnie, 3 październik, moje imieniny. Jesteśmy w Parku Narodowym Bwindi i właśnie wróciliśmy z dżungli, gdzie bliskość goryli przeniosła mnie naprawdę w inny świat. Siedzimy z Wojtkiem w knajpie na wzgórzu i czekamy na zamówiony obiad, popijając piwo. Burza przychodzi nagle, oddzielając nas ścianą deszczu od campingu, położonego kilka metrów niżej. Natychmiast robi się zimno, ale nie zdążę zmarznąć, bo uśmiechnięta Murzynka ściąga z siebie kolorowy zawój i, podśpiewując, otula moje gołe ramiona pełnym czułości gestem. Deszcz wali w blaszany dach z taką siłą, że jej śpiew słyszę dopiero wtedy, kiedy pochyla się nade mną; mam wrażenie, że ten łoskot zagłusza nawet moje myśli. Murzynka zamyka wszystkie okiennice /w całej Afryce nie widziałam ani jednego okna z szybą; wszystkie mają drewniane okiennice, lub żaluzje ze szklanych płytek/,zostawiając otwarte tylko to okno, przy którym siedzę, przez które widać gęstniejącą mgłę, unoszącą się nad zielonymi górami Bwindi. Robi się prawie ciemno i Murzynka wnosi zapalone lampy naftowe. Ich ciepłe światło łagodzi cienie, miękko zaokrągla kąty. W drugim końcu pomieszczenia, przy drewnianym stole siedzi Wojtek i układa puzzle, a daleko, w półmroku, na niskim stołeczku siedzi On, zapatrzony w ożywiany podmuchami wiatru cień na ścianie obok otwartego okna. Cień mojej twarzy. Wszystko to widzę, odbieram, ale moja myśl jest wyłączona; czuję się tak, jakbym była zanurzona w ogłuszającym huku deszczu, w zapachu palącej się lampy naftowej, zmieszanym z unoszącym się z zawoju zapachem ciała Murzynki o cierpkiej woni cynamonu. Łoskot deszczu przechodzi w ogłuszający ryk – to już nie deszcz, to grad. Zafascynowana tym szaleństwem przyrody wstaję i podchodzę do okna. Murzynka wybiega przed chatę, zbiera lodowe kulki i, głośno się śmiejąc, układa je w zagłębieniu mojej dłoni. Zaciskam rękę i – już wiem: nie zamknę, nie zatrzymam … W to dziwne uczucie smutku, zadumy i fascynacji wchodzi obraz Jego skulonych ramion, odchodzących wolno w deszcz i mgłę.

Tak, oddalał się ode mnie w Ugandzie, uciekał w swoje zamyślenia, układał obrazy, których ja nie chciałam jeszcze oglądać. Cierpliwie znosił moją ignorancję, przestał narzucać się ze swoją smutną logiką, ale potrafił też zbudzić mnie w środku nocy tylko dla jednego zdania, po którym całe morze smutku przypływało w moich snach. Bo jednak spałam. Wiedział że wrócę, że w jesienne wieczory zechcę wrócić tam, gdzie jest piasek tak biały… Bo To nie było byle gdzie.
To było w Afryce. To było w Afryce nad Oceanem Indyjskim. To było w Afryce, nad Oceanem Indyjskim, na Zanzibarze. Afryka ożyła i dotknęła mnie. Patrzyłam w gwiazdy, pod palcami czułam chłodny, mokry piasek, a Jego oczy miały tyle głębi, że już nawet nie dawały oparcia. Ale też nie szukałam oparcia. Obiecywałam, sama sobie, że nie będę zachłanna. Że, jak w bajce Andersena, wezmę tylko tyle, ile zdołam unieść. I prosiłam o siłę – później. Czyli teraz, kiedy siedzimy nad szklanką cynamonowej herbaty, a za oknem śnieżyca i wiatr. Wróciłam, ale przecież nie do tego, co dotąd było stałe, pewne, bezpieczne. Wiedział o tym wcześniej, ale to była ta prawda, której mogłam nie odkryć. Jest smutny, a ja nic z tym nie zrobię. Bo już wiem co ten afrykański czas zbudował we mnie, już umiem nazwać to, co chciała mi powiedzieć … Musiałam pojechać za siódmą górę i za siódmą rzekę żeby zrozumieć. I musiałam pokornie usiąść przy tym stole żeby z Jego słów i moich myśli ułożyć całą tę opowieść.
Opowieść o spełnieniu i przestrzeni.
O magii i dotyku.
O smutku i wstrzymaniu oddechu .
Opowieść o Afryce.
Posłuchaj.