Afryka

Popołudnie, 3 październik, moje imieniny.
Jesteśmy w Parku Narodowym Bwindi i właśnie wróciliśmy z dżungli, gdzie bliskość goryli przeniosła mnie naprawdę w inny świat. Siedzimy z Wojtkiem w knajpie na wzgórzu i czekamy
na zamówiony obiad, popijając piwo. Burza przychodzi nagle, oddzielając nas ścianą deszczu
od campingu, położonego kilka metrów niżej. Natychmiast robi się zimno, ale nie zdążę zmarznąć, bo uśmiechnięta Murzynka ściąga z siebie kolorowy zawój i, podśpiewując, otula moje gołe ramiona pełnym czułości gestem.
Deszcz wali w blaszany dach z taką siłą, że jej śpiew słyszę dopiero wtedy, kiedy pochyla się nade mną; mam wrażenie, że ten łoskot zagłusza nawet moje myśli. Murzynka zamyka wszystkie okiennice /w całej Afryce nie widziałam ani jednego okna z szybą; wszystkie mają drewniane okiennice, lub żaluzje ze szklanych płytek/,zostawiając otwarte tylko to okno, przy którym siedzę, przez które widać gęstniejącą mgłę, unoszącą się nad zielonymi górami Bwindi.
Robi się prawie ciemno i Murzynka wnosi zapalone lampy naftowe. Ich ciepłe światło łagodzi cienie, miękko zaokrągla kąty.
W drugim końcu pomieszczenia, przy drewnianym stole siedzi Wojtek i układa puzzle, a daleko,
w półmroku, na niskim stołeczku siedzi On, zapatrzony w ożywiany podmuchami wiatru cień
na ścianie obok otwartego okna. Cień mojej twarzy. Wszystko to widzę, odbieram, ale moja myśl jest wyłączona; czuję się tak, jakbym była zanurzona w ogłuszającym huku deszczu, w zapachu palącej się lampy naftowej, zmieszanym z unoszącym się z zawoju zapachem ciała Murzynki
o cierpkiej woni cynamonu.
Łoskot deszczu przechodzi w ogłuszający ryk – to już nie deszcz, to grad. Zafascynowana tym szaleństwem przyrody wstaję i podchodzę do okna. Murzynka wybiega przed chatę, zbiera lodowe kulki i, głośno się śmiejąc, układa je w zagłębieniu mojej dłoni. Zaciskam rękę i – już wiem: nie zamknę, nie zatrzymam …
W to dziwne uczucie smutku, zadumy i fascynacji wchodzi obraz Jego skulonych ramion, odchodzących wolno w deszcz i mgłę.